Simoncelli krytykuje „obóz Bagnai” za zlekceważenie Marqueza
Francesco Bagnaia ma za sobą najtrudniejszy sezon w dotychczasowej karierze. Włoch był tłem dla Marca Marqueza, a więc swojego nowego zespołowego partnera, w drodze Hiszpana do siódmej korony mistrzowskiej MotoGP. Paolo Simoncelli, ojciec tragicznie zmarłego Marco, skrytykował obóz Bagnai za złe przygotowanie swojego podopiecznego do ubiegłorocznej walki.
Marc Marquez w dominującym stylu wywalczył siódmy tytuł Mistrza Świata MotoGP. Hiszpan, pomimo kontuzji i absencji w aż czterech ostatnich eliminacjach sezonu, zdobył ponad sto punktów więcej od drugiego w klasyfikacji generalnej Alexa Marqueza! Pecco Bagnaia wygrał zaledwie dwa wyścigi, natomiast w aż siedmiu niedzielnych startach nie dojechał do mety! Ostatecznie Włoch ukończył sezon na piątym miejscu, za Marco Bezzecchim z Aprilii oraz Pedro Acostą z KTM-a. Do zespołowego partnera stracił aż 257. pkt!
Przyczyn katastrofalnego sezonu Bagnai jest wiele. Należą do nich m.in. ogromne problemy z przystosowaniem stylu jazdy Włocha do trudnej charakterystyki Desmosedici GP25. W ocenie Paolo Simoncellego, a więc ojca tragicznie zmarłego Marco oraz szefa zespołu SIC58, Pecco nie został odpowiednio przygotowany do rywalizacji z tak silnym zespołowym partnerem: „Nie był przygotowany na tak silnego partnera z zespołu. Pecco pochodzi z zespołu Valentino Rossiego i po wysłuchaniu wszystkiego, co mówią, zlekceważył Marqueza”.
Simoncelli obwinia o to obóz Bagnai, do którego należy m.in. Valentino Rossi: „W poprzednim roku stracił mistrzostwo świata, mimo wygrania jedenastu wyścigów. Pomyślał więc „Muszę tylko rzadziej się wywracać”. Ale Marc to bestia na torze i to wpędziło go w kryzys”.
Paolo jest pełen podziwu dla Marca Marqueza. Hiszpan przypomniał mu tragicznie zmarłego Marco, który podobnie jak MM93, nigdy nie poddawał się w walce: „Wiedziałem, że Marc jest najsilniejszy. Zawsze go lubiłem, jeździł konno i myśli jak mój syn. Nigdy się nie poddaje i zawsze próbuje. Gdyby Marco nie umarł, świetnie byśmy się bawili. Wiecie, jak to jest ze sportowymi walkami”.
Przypomnijmy, że Marco Simoncelli zginął w trakcie wyścigu o GP Malezji 2011. Włoch wypadł z toru w zakręcie siódmym toru Sepang. Zdołał jednak utrzymać się na motocyklu. Siłą rozpędu wrócił jednak za zakrętem ósmym. W konsekwencji wleciał na tor jazdy Valentino Rossiego i Colina Edwardsa! Uderzenie było na tyle mocno, że kask został dosłownie wyrwany z głowy Marco! MS58 stracił życie w wieku zaledwie 24. lat.
Źródło: gpone,com




Coś w tym jest, Marc przyszedł do zespołu, ustawił motocykl i zespół pod siebie a Peco myślał, że na niego wsiądzie i dalej będzie wygrywał. Niestety srogo się zawiódł. Ducati zależało na tym żeby Marc wygrał, a on widział jak to zrobić. Peco się w tym wszystkim nie odnalazł i zespół go nie wspierał. Kiedy zrobił wszystko po swojemu w Japonii Marc mógł tylko oglądać jego wydech. Przypadek? Sabotaż? Może po prostu biznes i chęć sprzedaży jeszcze większej ilości motocykli sygnowanych mistrzostwem Marca.