Home / Artykuły / Od braku zwycięstw do tytułu w 15 miesięcy – historia Francuzów w MotoGP

Od braku zwycięstw do tytułu w 15 miesięcy – historia Francuzów w MotoGP

Fabio Quartararo jest świeżo upieczonym mistrzem świata MotoGP. Jego rodak, Johann Zarco, długo plasował się w pierwszej trójce klasyfikacji generalnej. To pokazuje potęgę Francji w tegorocznych zmaganiach. Jest to jednak nowość, bowiem dopiero rok temu Trójkolorowym udało się wygrać wyścig w czterosuwowej erze MotoGP. Zapraszam na opowieść o losach Francuzów od roku 2002, kiedy narodziła się królewska kategoria, jaką znamy do dziś.

Na początek warto nadmienić, że kraj znad Sekwany nigdy nie był taką potęgą głównej klasy jak chociażby Włosi, Brytyjczycy, Amerykanie, Australijczycy czy później Hiszpanie. Mieli jednak kilku dobrych zawodników, którzy potrafili wygrać pojedyncze wyścigi. Dokonała tego trójka motocyklistów – Pierre Monneret w latach 50., Christian Sarron trzy dekady później czy Regis Laconi, który do niedawna mógł się chwalić, że jest ostatnim francuskim triumfatorem w najwyższej klasie. Poświęcę jeszcze zdanie na temat Sarrona, bowiem niedopowiedzeniem jest przedstawienie go jako jednorazowego zwycięzcy. Reprezentant Yamahy dwukrotnie kończył sezon na podium klasyfikacji generalnej i raz był czwarty. Łącznie wywalczył sześć pole position i aż 18-krotnie stawał na podium. Jeszcze w momencie wybuchu pandemii wiosną 2020 roku był najlepszym Francuzem w historii 500cc/MotoGP.

Ano właśnie – był, bo już nie jest. Zanim jednak dojdziemy do tego punktu to prześledźmy dokładniej występy Trójkolorowych. Wspominany triumf Laconiego nastąpił w Grand Prix Walencji 1999 roku, a więc jeszcze za czasów 500ccm, a Regis dosiadał wtedy motocykla Yamahy i występował w barwach prywatnego zespołu WCM. W 2002 przesiadł się na rewolucyjną maszynę Aprilii RS Cube, która była bardzo szybka na prostej, ale równie trudna w prowadzeniu i nie było szans na powtórzenie sukcesu sprzed trzech lat. Ósme miejsce w wyścigu okazało się maksimum i na tym zakończyła się jego przygoda z MotoGP.

Umiarkowany potencjał i pechowy Sachsenring

Kolejną francuską nadzieją był Olivier Jacque – mistrz pośredniej kategorii 250ccm z sezonu 2000. Początkowo miał do dyspozycji starą dwusuwową Yamahę YZR500. Na większości torów był to wolniejszy motocykl od M1-ki, ale… na krętych obiektach niższa waga maszyny dawała mu przewagę. Widać to było podczas GP Niemiec 2002 na Sachsenringu, kiedy Jacque wygrał kwalifikacje i prowadził na kilka okrążeń przed metą, ale piękny sen prysł kiedy wyeliminował go Alex Barros. Na kolejny sezon otrzymał już nową maszynę, lecz nie była ona konkurencyjna względem innych producentów i nie zdołał wywalczyć nawet jednego podium.

Jacque następnie stracił fotel w MotoGP i wydawało się, że swoje najlepsze wyniki już osiągnął. Nic bardziej mylnego. Pełnoetatowy zawodnik Kawasaki, Alex Hofmann, przewrócił się podczas pokazowej jazdy przed GP Portugalii 2005 i doznał kontuzji. Francuz wskoczył na jego miejsce jako ówczesny tester Japończyków. W kolejnej rundzie, rozgrywanej na zlanym wodą torze w Szanghaju, popisał się fenomenalną jazdą, szarżując z 15. pozycji na drugie miejsce i finiszując zaledwie 1,7s za dominatorem sezonu Valentino Rossi. Jak się później okaże, jeszcze kilku Francuzów osiągnie pierwsze miejsce po zwycięzcy zanim uda im się znaleźć na najwyższym stopniu podium.

Kliknij, aby pominąć reklamy

Następnym śmiałkiem był Randy de Puniet. Słynął z dość szybkiej jazdy, ale również częstych upadków, na co mógł mieć wpływ jego ognisty temperament. Zadebiutował w ekipie Kawasaki w 2006 roku i miał do dyspozycji całkiem konkurencyjny pakiet, zwłaszcza w swoim drugim sezonie. Ostatecznie wywalczył z „zielonymi” jedno podium – drugie miejsce w zmiennych warunkach na torze w Motegi, choć warto też odnotować, że startował do tego wyścigu z czwartego pola po suchych kwalifikacjach. W owym sezonie była też szansa na świetny wynik w domowej rundzie na torze Le Mans. De Puniet prowadził w pierwszej części zmagań po wyprzedzeniu Rossiego i swojego rodaka Sylvaina Guintoliego, ale niestety wywrócił się.

Na sezon 2008 przeszedł do ekipy LCR Honda, gdzie z czasem stał się naprawdę wartościowym zawodnikiem. Zdobył kolejne podium w zmiennych warunkach, tym razem na torze Donington Park w 2009 roku, ale szczyt formy przyszedł na następny sezon. Francuz brylował w kwalifikacjach i trzykrotnie z rzędu wywalczył pierwszy rząd. Co prawda, podczas niedzielnych zmagań nie był w stanie utrzymać fabrycznych motocykli za sobą, ale jego reputacja rosła. Wtedy przyszły pechowe zawody na Sachsenringu, gdzie był uwikłany w groźny wypadek i złamał nogę. Relatywnie szybko wrócił do rywalizacji, ale już nigdy nie osiągnął poziomu z początku lata 2010 i trzy sezony później pożegnał się z pełnoetatową posadę, spędzając ostatnie lata kariery w klasie CRT. Zajął się rozwijaniem nowego projektu Suzuki GSX-RR i pojechał nawet jako dzika karta w finale sezonu 2014 w Walencji, ale później inni przejęli jego rolę, wśród których pierwsze skrzypce odgrywał Guintoli…

Najszybsze motocykle nie dla Francuzów

Sylvain to jeden z czołowych francuskich motocyklistów w XXI wieku, co potwierdził wygrywając serię World Superbike w 2014 roku, a następnie mozolnie rozwijał Suzuki i był niewątpliwie jednym z ojców sukcesu sprzed roku. Jednak w sferze wyścigów prototypowych nigdy nie dostał maszyny na jaką zasługiwał. Tech 3 Yamaha z niekonkurencyjnymi oponami Dunlopa (2007) czy satelicki Pramac na przestarzałym Ducati (2008) nie dawały szans na dobre rezultaty w normalnych warunkach. Próżno szukać spektakularnych wyników na sucho, ale trzeba oddać Francuzowi, że tylko raz nie dojechał do mety w ciągu dwóch sezonów, a także dobrze sobie radził dla tle partnerów zespołowych – Makoto Tamady i Toniego Eliasa, którzy w przeszłości triumfowali w MotoGP. Szansą na pokazanie się szerszej publiczności były deszczowe wyścigi, w których Guintoli był zwykle bardzo konkurencyjny. Na Le Mans 2007 nawet prowadził, ale wkrótce stracił kilka pozycji i wywrócił się. Lepiej poszło mu rok później na Sachsenringu, gdzie osiągnął szóste miejsce mimo jazdy bez kontroli trakcji!

Epizody w królewskiej klasie zaliczyli również Mike Di Meglio i Loris Baz. Ten pierwszy był mistrzem świata klasy 125ccm z 2008 roku i startował w głównych zmaganiach w latach 2014-2015. Nigdy nie doczekał się sprzętu z wysokiej półki. Startował w podkategorii Open, gdzie używano standardowej elektroniki. Debiutancki rok spędził na drogowym pakiecie Kawasaki, a następnie przesiadł się na prototypowe roczne Ducati z mniej zaawansowanym oprogramowaniem, które ograniczało potencjał motocykla. Trudno było oczekiwać cudów, jednak Francuz zaprezentował się zwyczajnie słabo nawet jak na możliwości sprzętowe. W sezonie 2015 zdobył jedynie 8 pkt przy 33 oczkach team-partnera Hectora Barbery i na tym zakończyły się jego starty.

Baz zadebiutował w roku 2015 i zaprezentował się z lepszej strony od Di Meglio, ale również nie zagościł w MotoGP na długo. Tak samo nie dysponował zbyt dobrym sprzętem. Dostał wprawdzie prototypową Yamahę na debiutancką kampanię, ale musiał też korzystać ze standardowego oprogramowania, a w dodatku w zespole Forward panował bałagan, który jeszcze pogarszał sytuację. Baz zwykle okupował dolne rejony tabeli, ale raz zabłysnął. Było to podczas rundy w Misano, gdzie większość zawodników dwukrotnie zmieniała opony z powodu zmiennych warunków. Wczesny powrót na slicki wywindował Lorisa na prowizoryczne podium i choć w końcówce wyprzedził go Scott Redding to i tak mógł świętować doskonałe czwarte miejsce. Dla porównania, jego drugi najlepszy wynik w 2015 to 12. pozycja.

Następnie przesiadł się do ekipy Avintia, gdzie jeździł na mało konkurencyjnych dwuletnich motocyklach Ducati. Znowu najlepsze wyniki osiągnął na mokro. Pomagała mu w tym olbrzymia postura (jak na standardy motocyklowe), bowiem Francuz miał ponad 190 cm wzrostu i siłą rzeczy był ciężki. W trudnych warunkach mógł zatem lepiej dogrzać przednie koło i osiągnąć świetne rezultaty. Tak było w GP Czech czy GP Malezji 2016, gdzie finiszował odpowiednio na czwartej i piątej pozycji. Ostatni sezon startów nie obfitował już w takie wysokie pozycje, jednakże Baz nie prezentował się ze złej strony i wyraźnie pokonał w klasyfikacji generalnej Barberę, jeżdżącego na nowszym Desmosedici. Popisał się też świetną obroną przed upadkiem w Austin. Mimo to, stracił posadę w MotoGP i powrócił do World Superbike, gdzie niezmiennie pokazywał iż jest klasowym zawodnikiem. Po roku przerwy będzie się tam ścigał również w 2022.

Francuzi szturmują czołowe miejsca

W ten sposób doszliśmy do dwóch obecnych zawodników – Zarco i Quartararo. Tak jak żaden z opisanych poprzedników nie doczekał się statusu gwiazdy, tak obydwaj zostali nimi okrzyknięci właściwie natychmiast po spektakularnych debiutach. Ich kariery szybko nabrały rozpędu, choć po drodze nie brakowało trudniejszych momentów, kiedy wydawali się być zagubieni.

Oczywiście stawianie ich w jednej linii nie jest obiektywne. Tak, Zarco prezentował od początku wielki potencjał i wciąż przed nim wiele szans na sukces. Zdobył dużo więcej podiów niż wszyscy poprzednicy razem wzięci, mimo że nigdy nie jeździł w fabrycznym zespole. Jednak faktem jest też, że nigdy nie wygrał wyścigu, nie wspominając o mistrzostwie świata w królewskiej kategorii. Tymczasem Quartararo, młodszy od blisko dekadę, na swoim koncie osiem zwycięstw i tytuł.

Fabio to bez wątpienia niesamowity talent, co już pokazał w hiszpańskich mistrzostwach CEV Moto3, które zdominował w bardzo młodym wieku i już wtedy mówiło się o nim jako następcy Marqueza. Po drodze było wiele trudnych chwil, ale El Diablo nie poddał się i za każdym razem wracał silniejszy. Trudny sezon Moto2 w 2017? Wygrana i częsta jazda w czołówce w 2018. Utrata formy pod koniec debiutanckiego roku MotoGP, kiedy zwycięstwa w wyścigach były w zasięgu ręki? Dominująca forma na początku swojej drugiej kampanii. Seria błędów podczas walki o tytuł w dalszej części tamtego sezonu? Właściwie bezbłędna jazda w obecnym roku. Quartararo można aktualnie określać mianem „kosmity”.

Zarco to z kolei świetny „Ziemianin”, który aktualnie zajmuje czwartą pozycję w klasyfikacji generalnej i ma realną szansę, aby ukończyć sezon w pierwszej trójce. Jest to wciąż bardzo imponujące osiągnięcie, tym bardziej po przygodach z 2019 roku. Wtedy przesiadł się na KTM-a, który zupełnie nie pasował do jego stylu jazdy, zerwał kontrakt z zespołem i wydawało się, że zostanie na lodzie. Pomoc promotora GP Francji sprawiła, że znalazło się dla niego miejsce w Avintii. Kibice prześcigali się w krytyce Johanna, który nie pomagał sobie również wypowiedziami czy zachowaniem poza torem. Jednak przejście na Ducati okazało się dla niego zbawienne i stopniowo odbudowywał swoją reputację. Stał się nawet kandydatem do tytułu w tym roku, ale kryzys formy po wakacjach przekreślił te marzenia. Czy uda mu się wykonać kolejny krok w 2022 i dopiąć swego? Czas pokaże.

Podsumowując, Francja ma obecnie dwóch czołowych zawodników w MotoGP, z czego jeden ma ogromną szansę, aby stać się legendą królewskiej kategorii. Trudno jest przewidzieć jaki będzie kolejny etap tej historii, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromną nieprzewidywalność dwóch ostatnich lat, zarówno na torze, jak i poza nim. Faktem jest jednak, że po niemrawych latach, kibice z Francji mogą zasiadać z wypiekami na twarzy do wyścigów MotoGP i podziwiać świetny duet w akcji.

Kliknij, aby pominąć reklamy

AUTOR: Michał

Komentarze: 1

  1. Info: Marqez nie pojedzie w GP Algarve, podobno uraz głowy po wypadku spowodowanym treningiem motocrospwym

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są gwiazdką *

*

Niniejsza strona internetowa korzysta z plików cookie. Pozostając na tej stronie wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie. Dowiedz się więcej w Polityce prywatności.
179 zapytań w 0,493 sek