Home / Inne / Spojrzenie wstecz: AMA Supercross FIM WC: Runda 5

Spojrzenie wstecz: AMA Supercross FIM WC: Runda 5

Tak, tak, tak! Dwie doby temu pierwsze bramki startowe opadły. Wystartowała bowiem szósta już w tegorocznym cyklu zmagań – runda AMA Supercross FIM World Championschips. By jednak Wasze serca mogły w pełni poczuć klimat w relacji rundy 6. przyjrzyjmy się najpierw temu, co działo się podczas eventu poprzedniego.

Jak to przyjęło się już w tradycji, „Stadion Aniołów” w Anaheim, nie jest tylko jednokrotnym gospodarzem iventu w cyklu. W pierwszy bowiem weekend lutego, zawitała za jego mury cała śmietanka supercrossowiczów, niosąc ze sobą – mówiąc wprost – piątą rundę batalii.

Anaheim II:

Kalifornia i jej klimat nie zawiodły i tym razem. Warunki do rozegrania pojedynku na arcytechnicznym, supercrossowym torze, były wymarzone. Ten stan rzeczy bardzo pomógł organizatorom w przygotowaniu tracku jak i jego poszczególnych sekwencji. Bezchmurne niebo i wysoka temperatura umożliwiły stworzenie dwóch piaszczystych sekcji, które podniosły poziom trudności trasy, a tym samym i widowiskowość całego wyścigu. Ongiś tę widowiskowość, np. podczas walk gladiatorów, dostarczały strugi spływającej krwi. By ją jeszcze podkręcić znano jeden, prosty patent – robiono bowiem wszystko, by owej krwi było jeszcze więcej. W supercrossie jest podobnie. Syndrom ten objawia się właśnie w utrudnianiu życia riderom, np. poprzez tworzenie ww. sekwencji. Ale dosyć tego obwijania w bawełnę… Przejdźmy do zatem do rywalizacji mniejszej z klas – klasy Lites.

Klasa Lites 250 (WEST):

Jak warto przypomnieć liderem w klasyfikacji generalnej jest świetnie jadący w tym sezonie, walczący od początku do końca – Eli Tomac. I tym razem nie było inaczej. Jak warto tu wtrącić chłopak ten związany był z dwoma kołami od początku swoich dni. Jego ojciec – John Tomac, był bowiem legendą w kolarstwie górskim. Pasja ta wzbogacona o silnik spalinowy została szybko przelana na Eliego, po którym jak można wnioskować, wyszło mu na dobre. Ale wróćmy do race’u. Eli, rozpoczął swoje poczynania podczas tej rundy od biegu eliminacyjnego No2. i od razu pokazał pazur. W prawdzie Holeshota nie zgarnął, bo tym razem prestiżowy start zagarnął na swoje konto Billy Laninovich. Billy nie utrzymał jednak długo tego prowadzenia, bo za jego plecami ustawiła się już pomarańczowa lokomotywa zespołu KTM – Marvin Musquin, który niczym prowadzony po szynach, wskoczył na pozycję przewodniczącego peletonu. Po pierwszym okrążeniu i Eli Tomac zbliżył się do frontu, czego rezultatem było umiejscowienie się go na drugim miejscu. Nico Izzi plasował się zaraz za nimi, jednak rosnąca presja, którą wywierał na nim Cole Seely, dała się zauważyć. Musquin także tracił powoli swoją pozycję, po to, by na tzw. rytmicznej sekcji oddać pałeczkę lidera wspomnianemu na początku – Tomacowi. I tak oto Eli zjawił się na mecie pierwszy, Marvin drugi, a Seely trzeci, którego presja wywierana na Izzim przyniosła oczekiwany rezultat. Nico czwarty.

Rywalizacja w biegu poprzedzającym bieg drugi, mianowicie w „Heat1”, została pogromiona przez Deana Wilsona. Swoim kolejnym, świetnym startem w tym sezonie popisał się Martin Davalos. Naprawdę ruszył niczym wystrzelony z procy! Cóż jednak z tego jak i po raz kolejny – nie utrzymał owego prowadzenia zbyt długo…Dojechał więc do mety jako drugi, zaraz za Wilsonem. Za sobą miał z kolei Friese’a oraz Ryana Marmont’a.

Eliminacje klasy Lites przebiegły więc pomyślnie i szczęśliwa dwudziestka (a może lepszym określeniem będzie – „najlepsza”?) była nam już znana. Od głównego starcia dzieliły nas już tylko dwa biegi eliminacyjne klasy Supercrossu (które zostały opisane poniżej).

Klasa Lites 250 (WEST) – Bieg główny:

Ostatnie odliczanie, narastający ryk czterosuwowych „ćwiartek”, bramki opadają iii – stado szerszeni ruszyło w stronę pierwszego narożnika. Pierwsza piątka nie była dla nikogo zaskoczeniem. W jej skład wchodzili bowiem coraz to bardziej wyłaniający się z mgły  „przywódcy ekipy lites2012”– Seely, Tomac, Musquin, Izzi i oczywiście Dean Wilson. W takiej też kolejności tworzyli czoło peletonu. Cole Seely gnał jak oszalały i nawet ataki Tomaca nie robiły na nim większego wrażenia. Zachowywał się jak maszyna i konsekwentnie powiększał swoją przewagę nad resztą ekipy. Jedynym, który tak naprawdę próbował mu dorównać w pierwszej części fazie wyścigu, był zwycięzca trzech rund – Eli Tomac. Sytuacja diametralnie zmieniła się na okrążeniu czwartym, kiedy to Cole zaliczył niespodziewanie poślizg! Popełnił błąd, który kosztował go utratę pozycji lidera wyścigu. Został on bowiem natychmiast wykorzystany przez Tomaca i od tej pory aż do końca wyścigu nie oddał on prowadzenia nikomu. Seely gimnastykował się jak tylko mógł by odrobić straty. Pozbierał się błyskawicznie i równie szybko jak błyskawica puścił się w pogoń za Elim. Marvin Musquin uciekał Wilsonowi i jego mrocznej Kawasaki. Okrążenie szóste, wjazd na sekwencję rytmicznych hopek, znajdujących się zaraz  za pierwszym kornerem, mało co nie okazały się pechowe dla Wilsona. Jedno, gorzej wyliczone lądowanie mogło być przyczyną ładnej gleby, ale na szczęście dla Deana wszystko zakończyło się dobrze – wyszedł z opresji. Po kilku następnych okrążeniach doszło do konfrontacji Wilson vs. Izzi, ale dobre zablokowanie Izziego przez ridera Kawasaki zakończyło tę potyczkę. W końcu flaga w szachownicę zaczęła powiewać przy linii mety – Eli Tomac złożył na niej jako pierwszy swój podpis. Za nim dojechali kolejno Seely – który mimo swojego jednego błędu, dalej jechał pewnie i czysto w efekcie czego dane było mu zając drugi schodek podium oraz rider zespołu KTM – Marvin Musquin. Wilson czwarty – tuż przed Izzim i Michaelem Leibem z Hondy.

“Podczas tego tygodnia poświęciłem sporo czasu na moją technikę startu. W poprzednich startach miałem bowiem z owym startem problemy, co przekładało się na fakt, że było mi trudniej przedrzeć się do stawki – a przecież dobry start to połowa sukcesu.”mówił Musquin. „Przez cały wyścig czułem za sobą oddech Deana Wilsona. Nie mogłem więc odpuszczać i to zaowocowało – udało mi się obronić miejsce na podium”.

„Myślałem, że będę pierwszy. Zacząłem bowiem naprawdę dobrze. Niestety zaliczyłem pechowy uślizg, przez co spadłem na drugie miejsce. Ale i tak jestem zadowolony ze swojego wyniku.(…) Chciałbym jednak wygrać jeszcze jakieś zawody przed przerwą, która nas czeka. Mam nadzieję, że uda mi się to za tydzień w San Diego.” – powiedział na gorąco po wyścigu, Cole Seely.

Tor Anaheim II – Okrążenie z Jamesem Stewartem

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=4j_bA1JwJTc[/youtube]

 

Klasa Supercross:

W eliminacjach najlepsi okazali się Ryanowie: Dungey (w biegu pierwszym) i Villopoto (w biegu drugim). Chad Reed wraz z Andrewem Shortem, którzy jechali w biegu Dungey’a, zajęli kolejno drugie i trzecie miejsce. Jose Hansen był czwarty, a Broc Tickle piąty. Z kolei za plecami Villopoto znaleźli się; Justin Brayton, Mike Alessi i Kelvin Windham. Davi Millsaps zamknął pierwszą piątkę. Pecha w biegu drugim miał natomiast „Bubba” Stewart, który będąc na czwartym okrążeniu liderem wyścigu, zaliczył fatalną glebę na sekwencji rytmicznej i był bliski nie zakwalifikowania się do biegu głównego. Szansę na to, dam mu tzw. „bieg ostatniej szansy” – Stewart wykorzystał go w 100%!

Klasa Supercross – Bieg główny:

Dungey? Villopoto? Stewart? A może Reed? Kto tym razem zaliczy holeshota, zastanawiało się z pewnością wielu z obecnych na trybunach, podczas tej rundy AMA Supercrossu. Na odpowiedź nie trzeba było jednak specjalnie długo czekać, bo gdy tylko opadły bramki, w przeciągu dwóch sekund wszyscy znaleźli się na pierwszym zakręcie. Na czele peletonu pojawił się Justin Brayton, który zaliczył świetny start. Na radość było jednak za wcześnie ponieważ Justin pozwolił Reedowi i Villopoto wbić się przed siebie, przy czym ten drugi  zdobył holeshota! Dla tych dwóch wyszło to na plus, bo gdy oni narzucali tempo na froncie, to za ich placami, a dokładniej mówiąc to na whoopsach – doszło do małej „krasz masakry”. Fakt ten spowodował, że już na pierwszym okrążeniu różnica dzieląca pierwszą trójkę od ekipy pościgowej była naprawdę spora. Po krótkiej chwili Villopoto oddał pałeczkę prowadzącego w ręce Reeda i rozpoczęła się walka na najwyższym poziomie. Rider Kawasaki, zeszłoroczny champion – Villopoto – po kilku zakrętach znów wskoczył na prowadzenie. I nastąpił wjazd na drugie okrążenie – zatem Villopoto, Reed (Honda), ostro walczący Brayton (Honda), Stewart (Yamaha), Millsaps (Honda) i Dungey (KTM). Po krótkiej chwili „Bubba” Stewart wskoczył na trzecią pozycję. Gdy rider Yamahy triumfował, Josh Hansen na zielonym motocyklu rozpoczął swoją walkę od początku (lecz jednak ją zakończył). Po glebie, którą zaliczył na wstępie znajdował się obecnie na ostatnim miejscu. Pierwsza trójka z Villopoto na czele wypracowywała sobie coraz to większą przewagę nad resztą stawki. Wróżyło to jedno – kolejny epicki pojedynek na froncie. Kilka okrążeń później (a dokładnie to na okrążeniu 8.) „Bubba” zbliżył się na niebezpieczną odległość do Reeda – zaiskrzyło momentalnie. Dwaj najwięksi rywale stanęli ze sobą łokieć w łokieć na serii rytmicznych hopek. Reed wiedział już co się święci, a zdradził to jego nerwowy ruch głowy w prawicę – a po owej prawicy miał już Stewarta. Nim zdążył mrugnąć okiem (i wylądować), Amerykanin był już przed nim. Sprawne lądowanie, ostre wgryzienie się w wiraż i fenomenalny „przelot” przez whoopsy – numer #7 dostał skrzydeł i rozpoczął ucieczkę Reedowi. Villopoto wciąż jednak utrzymywał wszystko w swoich ryzach – był liderem wyścigu. Sytuacja ta nie zmieniła się ani na 10, ani 15, ani nawet 20 „lapsie”! Nie mogło być więc innego zakończenia… Villopoto wygrał 5. rundę tegorocznego cyklu i potwierdził po raz kolejny, że tytułu mistrza nie nadano mu przypadkowo. James Stewart, odkąd wyprzedził Reeda, nie oddał już drugiego miejsca w stawce nikomu – przekroczył linię mety tuż za Ryan’em. Chad musiał więc zadowolić się najniższym szczeblem na pudle. Ryan Dungey, który nie może tego spotkania zaliczyć do tych „wymarzonych”, zdołał zająć czwarte miejsce w „main evencie.” Justin Brayton, który zasłużył na wielkie oklaski za efektowne zbliżenia do Dungey’a, podejmowanie walki i ogólny całokształt – wylądował na pozycji piątej. Za nim znaleźli się natomiast Kelvin Windham, David Millsaps oraz Mike Alessi, który był ósmy.

W takiej kolejności odnotowali na mecie swe nazwiska najszybsi podczas 5. rundy AMA Supercrossu. Emocji, woni unoszących się w powietrzu oktanów, „monsterowej” oprawy i pięknych kobiet – z pewnością nie zabrakło! Kolejny event? San Diego – z którego relację przeczytacie już niebawem na motosports.pl. Bądźcie z nami.


Klasyfikacja generalna – Klasa 250 WEST (po 5 rundach):

1. Eli Tomac – 113 pkt.

2. Dean Wilson – 91 pkt.

3. Marvin Musquin – 84 pkt..

4. Cole Seely – 79 pkt.

5. Zach Osborne – 67 pkt.

 

Klasyfikacja generalna – Klasa Supercross (po 5 rundach):

1. Ryan Villopoto – 108 pkt.

2.ChadReed – 105 pkt.

3. Ryan Dungey 103 pkt.

4. James Stewart – 95 pkt.

5. Kevin Windham – 73 pkt.

AUTOR: Redakcja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są gwiazdką *

*

Niniejsza strona internetowa korzysta z plików cookie. Pozostając na tej stronie wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie. Dowiedz się więcej w Polityce prywatności.
166 zapytań w 0,521 sek